Pokłosiem filmu „Pokłosie” jest dyskusja o faktach, które raczej nie powinny rodzić – już teraz – kontrowersji. No, ale można przyjąć, iż wzmożone deliberacje nie dotyczą faktów lecz filmu, a to by zmieniało wiele. Marian Opania – do niedawna powszechnie lubiany aktor, podobnie lubiany jak Maciej Stuhr – nie przyjąwszy roli prezydenta Lecha Kaczyńskiego naraził się tzw. środowiskom prawicowym, które z marszu jęły go postponować (z lekka wyraziwszy). Natomiast Bogusław Linda (nielubiany za relatywizowanie moralności ubeków w filmie „Psy”) staje się – mimo zabiegów odmładzających sprzecznych z godnym przeżywaniem starości ( jak niektórzy prawią) – pupilem fundamentalistycznych odłamów spod znaku mgły i trotylu.

Musicie mi Państwo wybaczyć zdania, które popełnię albowiem nasączone one są infantylnością cechującą czterolatka, a takowe być może nie zasługują na pełną atencję – a może się mylę, może właśnie zasługują? Tak czy tak, proszę wprzód o wybaczenie.

Otóż, pamiętam słynną akcję Daniela Olbrychskiego w „Zachęcie” podczas której pan Michał ciął fotosy aktorów ( w tym swój fotos) którzy w swym dorobku grali nazistów. Pomijając różne aspekty tego happeningu można śmiało stwierdzić, iż pan Daniel złoży protest przeciw utożsamianiu aktora z rolą – wydawać by się mogło, iż to nie trudny zabieg myślowy. Niestety tak nie jest. Maciej Stuhr po zagraniu pozytywnej postaci w filmie „Pokłosie” zapewne jest daleki o łatwych konstatacji o rodakach jako osobach – in gremio – bogatych intelektualnie. Zresztą, myślę że podobne rekapitulacje mogły zagościć również w głowie Mariana Opani. O ile Stuhr zagrał w filmie i mógł się spodziewać, że pewna grupa widzów (nawet tych, którzy film oglądnęli) nazwą go zdrajcą o tyle Opania jest etykietowany, ponieważ śmiał odmówić. Zaprawdę powiadam Państwu dziwy to lud prawicowy - z definicji wolnościowy – co odmawia człowiekowi prawa do decydowania o sobie, oj dziwny.  Nie chcę nawet antycypować recenzji filmu o katastrofie smoleńskiej, jeśli w scenach finałowych nie zobaczymy satelity, laserów, agregatów buchających sztuczną mgłą, czy kadrów z tykającymi bombami.

Nie to tym jednak chciałem właściwe pisać. Prymas Stefan Wyszyński powiedział: „Naród bez dziejów, bez historii, bez przeszłości, staje się wkrótce narodem bez ziemi, narodem bezdomnym, bez przyszłości. Naród, który nie wierzy w wielkość, i nie chce ludzi wielkich, kończy się”. Dodałbym tylko, że przeszłość, historia musi być oparta na faktach, musi być prawdziwa. Zakłamywanie tego co w nas złe, prowadzi do słabości i nicość, do grafomańskiego życia w pustych fazach.

Kilka faktów:

10 lipca 1941 do Jedwabnego zaczęli przybywać wozami mieszkańcy sąsiednich miejscowości, powiadomieni o zaplanowanej wcześniej i mającej się tego dnia wydarzyć zbrodni zabójstwa żydowskich mieszkańców Jedwabnego. Wieczorem poprzedniego dnia ostrzeżeni zostali przed niebezpieczeństwem niektórzy jedwabieńscy Żydzi. Od samego rana 10 lipca, polscy mieszkańcy miasta i sąsiednich miejscowości wypędzali Żydów z domów i zapędzali ich na rynek miasta. Tam bili ich i dopuszczali się innych form przemocy, kazali im sprzątać plac i m.in. wyrywać trawę spomiędzy płyt bruku. Kilka uwięzionych tam osób zostało wówczas zamordowanych. W mieście przebywało tego dnia kilku żołnierzy niemieckich, którzy pomagali w spędzaniu Żydów na rynek, i na tym ich aktywne działania się zakończyły. Śledztwo IPN nie pozwoliło ustalić, czy byli oni fizycznie obecni również przy dalszych etapach morderstwa[9].

Grupa przetrzymywanych na rynku żydowskich mężczyzn (około 40 - 50 osób, w tym rabin) została zmuszona do rozbicia pomnika Lenina, który stał na skwerku przy rynku od czasu zajęcia miasta przez wojska radzieckie. Około południa grupa polskich mieszkańców Jedwabnego zmusiła tych mężczyzn do zaniesienia połamanego pomnika pod stodołę, znajdującą się za miastem. Tam mężczyźni ci zostali przez prowadzących ich Polaków zabici, a ich ciała razem z połamanym pomnikiem wrzucono do wykopanego wcześniej dołu[10].

Po południu kolejna grupa jedwabieńskich Żydów, w liczbie około 300 osób, została również wyprowadzona z rynku. W grupie tej znajdowały się osoby różnej płci i wieku, mężczyźni, kobiety i dzieci. Ludzi tych polscy mieszkańcy Jedwabnego wprowadzili do drewnianej, krytej strzechą stodoły znajdującej się za miastem, a następnie stodołę zamknęli, oblali naftą i podpalili. Pojawiały się pojedyncze relacje, że zdarzenie to dokumentowali fotograficznie hitlerowcy, jednak zdjęć takich nie odnaleziono. Śledztwo IPN dowiodło, że zabójstwo to zaplanowali i dokonali go polscy cywilni mieszkańcy Jedwabnego i okolicznych miejscowości, w liczbie około 40 mężczyzn uzbrojonych w kije, orczyki i inne narzędzia. Zbrodni dokonano z niemieckiej inspiracji - hitlerowscy żandarmi znajdowali się tego dnia w mieście, i swoją obecnością przyzwalali na dokonanie morderstwa[11].